Sklepik na FB

Spacer wśród lawend

Czas podróży - polskie morze zimą

Z podróżowaniem jest tak, że trzeba złapać bakcyla. Jak cię już zacznie targać w różne zakątki dziwna potrzeba zobaczenia tego, co kryje się za rogiem, to najpewniej prędko nie puści... 

Ja podróże, te małe i duże, lubiłam od zawsze. Nieważne, czy czekałam właśnie na samolot do Oslo czy spacerowałam po wzgórzu zamkowym w Kamieńcu Ząbkowickim - radość z odkrywania nowych miejsc była ogromna. Gdy podjęłam decyzję o przeprowadzce na wieś, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ta decyzja zaważy na moim dotychczasowym życiu. Mogę spokojnie napisać, że plantacja uziemiła mnie na kilka lat. Przed długi czas miałam wrażenie, że jak tylko stąd wyjadę, to coś się stanie, sama nie wiem, lawendy z rzędów pouciekają do cieplejszych krajów, dom się zawali, wybuchnie pożar, spadnie grad... jednym słowem - rozpęta się na Lisim Apokalipsa.

Dodatkowo czas najintensywniejszej pracy na plantacji przypada na miesiące wiosenno-jesienne - czyli na te miesiące, w których najchętniej bierze się wolne i wyjeżdża w siną dal lub nieopodal, by chociaż pomoczyć stopy w chłodnej wodzie rzeki. Ja musiałam się tylko nauczyć tego, że zima to też jest doskonały czas na wakacje, ale nauka szła mi dość opornie...

Nie będę też ukrywać, że moja fiksacja na punkcie lawendy trwała dobre pięć lat - interesowała mnie tylko i wyłącznie ona. Dziś mój zapał już się lekko ostudził - nie zrozumcie mnie źle, nadal kocham to, co robię, pole jest dla mnie super ważne, ale powoli wracam także do swoich dawnych zainteresowań i nie mam wyrzutów sumienia, że nie są one związane z lawendą. Nie chciałabym też, żeby to tylko i wyłącznie uprawa lawendy mnie definiowała. Kończyłam przecież studia z historii sztuki - pogoń za czymś ulotnym i pięknym jest wpisana w krwiobieg absolwentów tego kierunku.

Od zeszłego lata zaczęło mnie nosić. Nie wiem, czy znacie ten stan - takie poddenerwowanie powiązane z potrzebą nowych bodźców, odkrywania nowych miejsc. Miałam wrażenie, że jeśli zaraz, chociaż na chwilę, nie zmienię otoczenia, to utopię się w tej swojej wsi. Oczywiście nałożyło się na to kilka spraw - budowa obwodnicy miasta, która odcięła dojazd do nas z jednej strony i zepsuła widok na końcu pola w sezonie obudziła we mnie taką bezsilność... Wiedziałam, że czas się spakować i choć na chwilę odetchnąć, nabrać przysłowiowego wiatru w żagle. 

A może to wizja zbliżającej się 30-tki tak na mnie wpłynęła? Wizja, że latka lecą, a ja nosa od pięciu lat nie wychyliłam poza Lisie? Że czas najwyższy wyjść poza strefę komfortu oraz tego, co znane i wreszcie poszerzyć horyzont? 

Pewnie i jedno, i drugie. 

Najpierw wyskoczyliśmy z Rafałem do Kórnika. Akurat wieźliśmy lawendowe zamówienie dla super fajnej pary z Poznania, postanowiliśmy więc po drodze zajrzeć na włości Białej Damy. Spędziliśmy cały dzień szwendając się po arboretum przylegającym do zamku Działyńskich i słuchając z oddali koncertów granych na żywo akurat w dzień naszych odwiedzin. Było ekstra!

/część poznańskiego zamówienia/

W grudniu natomiast postanowiliśmy zrobić sobie mikołajkowy prezent i wyjechać nad Bałtyk. Bardzo lubię wodę, dobrze czuję się w otoczeniu rzek, sadzawek, wszeeeelakich zbiorników wodnych. Usłyszeć szum fal - chodziło to za mną i chodziło. Ale kto jeździ nad morze zimą?! Okazało się, że w sumie to... mało kto i że zimą to żaden szum, a RYK fal. ;)

/pusta plaża w Sasinie/

Wynajęliśmy domek Lazur w Cisowym Zakątku - najpiękniejszym ośrodku nad Bałtykiem! Domki są urządzone z klasą i pomysłem, wygodne, cieplutkie. W grudniu naprawdę nie chce się z nich wychodzić... Szczególnie, że w każdym jest sauna infrared oraz piecyk typu koza, a zapas drewna czekał na nas przed domkiem.

Byliśmy świeżo po koncercie Wardruny, więc ich etniczne nuty towarzyszyły nam na każdym kroku. Idealnie pasowały do zimowej aury polskiego morza - nostalgicznej i pochmurnej.

/widok z kuchni w Lazurze/

/Rafał się byczy/

Na plaży w Sasinie (zejście niedaleko Stilo) spotkaliśmy pana leśnika i dwie pary spacerujące po lesie - równie zdziwione naszym widokiem co my ich. W jeden dzień trafiliśmy na, sama nie wiem jak to zjawisko do końca nazwać, zamieć piaskową? - wiało koszmarnie, ale taniec piasku po plaży - niezapomniany widok!

/droga z latarni w Stilo w stronę morza oraz tańczący piasek/

Zajrzeliśmy do Łeby kilka razy, głównie w celach obiadowych. Nietypowy widok - znane mi zatłoczone latem uliczki, są całkowicie wyludnione zimą...

... i odwiedziliśmy Sopot, w którym życie tętni już normalnym rytmem dużej, całorocznej, pięknej metropolii.

Odgrażałam się, że wejdę boso do morza, ale niestety w grudniu to dla mnie misja niewykonalna...
Dobrze, że zabrałam z sobą kalosze! :)

A w tę niedzielę wróciłam z Rzymu. Jak szaleć, to na całego! Przez kilka dni mieszkałam na klimatycznym Zatybrzu, ale o tym opowiem niebawem i podzielę się zdjęciami z przepięknego rzymskiego ogrodu botanicznego, który już w marcu wygląda imponująco!

Share this:

About the author / Hania

Hania

Hania

Prowadzę plantację lawendy i opisuję swoje doświadczenia z nią związane na tym blogu. Ciebie, Czytelniku, zapraszam w podróż po moich zmaganiach z kapryśną pogodą i uprawą roślin w zgodzie z naturą.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Our website is protected by DMC Firewall!