Artykuł o uprawie lawendy w polskich warunkach

Dni otwarte na Lisim Polu

Zakładamy łąkę kwietną

Wczorajszy wpis na lisim fanpage'u wywołał spore zainteresowanie tematem łąk kwietnych, dlatego postanowiłam napisać o nich oddzielny post. Dziś będzie super przyjemnie, bo o tym, jak założyć coś, co kiedyś było w pełni naturalne, a dziś, nawet w warunkach wiejskich (!) stanowi zjawisko równie rzadko spotykane co czterolistna koniczyna. Na etapie jednorożców na razie jeszcze i na szczęście nie jesteśmy. ;)

Najpierw musimy rozprawić się z terminologią "chwastów" - są rośliny bardzo inwazyjne tj. perz, nawłoć, bylica czy dzikie prosto, które potrafią wyprzeć słabiej kwitnące, delikatniejsze rośliny z naszej łąki - ich nie bójmy się usuwać, bo zagrażają one kwitnieniu naszych roślin, które wdzięcznie służą zapylaczom. Natomiast współcześnie, pod pojęciem chwastów, wiele osób rozumie to, co właśnie w dalszym opisie będziemy próbowali zasiać na terenie przygotowanym pod naszą łąkę. Piszę o tym na samym wstępie, ponieważ to nie jest pierwsza łączka, która cieszy nasze oczy i zmysły zapylaczy w obejściu, ale dwie wcześniejsze, niestety, straciłam właśnie z tego względu, że nie wyrwałam roślin inwazyjnych na czas i w 100% wyparły moje dziko kwitnące poletka. 

Jak należy usuwać rośliny inwazyjne? 

Kurczę, jestem pewna, że większość osób, która zdecyduje się na założenie łąki kwietnej, nie pomyśli nawet o tym, by pryskać ją herbicydami przed założeniem i w trakcie. Idziemy w kierunku natury - krzyż będzie boleć, ale zapewniam, że perz, nawet w niewyobrażalnej ilości, może zostać opanowany - musimy po prostu znaleźć czas i chęci, by zawalczyć o naszą przestrzeń własnymi siłami. Takie podejście zaprocentuje, gwarantuję Wam. 

Zacznijmy od początku...

Jeśli kombinujecie w kierunku - kupię gotową mieszankę kwietną i po prostu wysieję ją na zadarnioną glebę - od razu Wam to odradzam, szkoda Waszego czasu. Ziemię przed wysianiem łąki należy oczyścić z chwastów i spulchnić. Zaczynamy zakładanie łąki kwietnej zatem od tego, że wyznaczamy jej areał. My wykorzystaliśmy do tego celu paliki i sznurek, łąkę na polu mamy niewielką ok. 50 m2. Obliczenie powierzchni jest ważne z tego względu, że do niej dobiera się wagę potrzebnego materiału siewnego. 

Przestrzeń pod łąkę wybraliśmy bezpośrednio na plantacji, w miejscu, w którym straciliśmy sporo lawend po zimie. Powstał na polu pas niezagospodarowanej przestrzeni między jednym a drugim uprawianym przez nas taksonem i pomyślałam, że to doskonały moment na rozbicie lawendowej monokultury, którą stworzyłam na początku, a która zaczęła wywoływać we mnie lekki wyrzut sumienia swoja jednolitością.

Dlaczego zaczęliśmy od niewielkiego areału? Chcieliśmy w ogóle sprawdzić, czy uda nam się stworzyć łąkę od A do Z, a jeśli się to sprawdzi, będziemy ją sukcesywnie powiększać w dół pola.

Wydzieloną przestrzeń Rafał przeorał glebogryzarką (mamy Texas Lilli 534tg z kompletem nakładek, u nas jest to narzędzie wielofunkcyjne - przygotowujemy nią glebę pod uprawę, wywozimy zielone odpady na kompostownik za polem i tak dalej), a ja całość ręcznie oczyściłam z chwastów. Następnie cały areał został wyrównany grabiami i przystąpiliśmy do wysiewu mieszanki. 

Mieszanki miałam z dwóch źródeł, nie był to celowy zabieg - po prostu zamówiłam je drogą internetową u Łukasza Łuczaja oraz w Fundacji Łąka (oba źródła są podlinkowane, klikajcie w nie, jeśli chcecie poznać ich ofertę). Wysiałam je w odstępie czasu - pierwszą wczesną wiosną (z końcem marca), drugą - pod koniec maja. Wiązało się to z tym, że 2017 był rokiem anomalii pogodowych na naszych terenach i zima przeciągała się nieznośnie długo, a okres wegetacji został zaburzony. Pomyślałam więc, że bezpiecznie będzie dosiać tę drugą mieszkankę gdy już mrozy ustąpiły. Nasiona kwiatów wymieszałam z nasionami traw (choć ten zabieg nie zawsze jest polecany) i piaskiem. W ostatniej fazie nasiona zostały wdeptane w glebę i podlane.

To, jaką wybierzecie mieszankę zależy stricte od Waszych preferencji i warunków środowiskowych. Przyznam się, że ja nie kombinowałam zbytnio - wybrałam mieszankę polska łąka kwietna oraz wieloletnią łąkę tradycyjną. 

Ważne jest, by pamiętać o odpowiednim koszeniu łąki - w pierwszym roku skosiliśmy ją dwa razy, po kwitnieniu lawend w połowie lipca i jeszcze raz jesienią, kosiarką bez kosza. Skoszoną roślinność należy zostawić w miejscu rośnięcia przez kilka dni tak, by koszyczki z nasionami zdążyły się otworzyć i trafić do ziemi. W pierwszym roku siana było tak niewiele, że nawet go nie sprzątnęliśmy z łąki. Systematycznie cały sezon wyrywałam te rośliny, których nie chciałam na łące. W tym roku również planujemy takie koszenie po zbiorach lawendy, ale już najpewniej nadmiar zielonego trafi na kompost za polem. 
Pamiętajcie, że maki, chabry czy rumianek (czyli tzn. chwasty polne) nie tolerują koszenia. Łąki także nie należy kosić wiosną. 

Czy nawozimy jakoś specjalnie naszą łąkę? Nie ma takiej potrzeby. 
Czy ją podlewamy? Zależy od tego, jakie będą warunki - my podlaliśmy naszą tylko raz, natomiast w przypadku bardzo suchej wiosny, pewnie robilibyśmy to częściej.
Czy łąka ładnie zakwitnie już w pierwszym roku? Niestety nie, u nas zakwitło co nieco w 2017, w tym roku natomiast ładnie kwitnie różnymi kolorami już cały maj. Mam nadzieję, że będzie tak kwitnąć do połowy lipca włącznie. :)
Jaki jest koszt założenia łąki? Hm, wszystko zależy od tego, czy sami planujemy przygotować teren czy potrzebujemy pomocy profesjonalnej firmy. Druga sprawa to cena za materiał siewny - nas kosztował nieco ponad 300 zł. Czy dużo, czy mało - kwestia indywidualna. 

I najważniejsze pytanie - dlaczego warto zasiać łąkę? Bo jest ich coraz mniej. Gatunki, które rosły kiedyś na naszych polach powszechnie, dziś są coraz rzadsze. Łąki są wypierane przez trawniki czy zabudowę mieszkalną - gwarantuję Wam, że kwiatom łąkowym nie jest w dzisiejszych czasach lekko. Pamiętam opowieści mojej Babci o tym, jak kiedyś całe pola za domami w Bieniądzicach były pokryte intensywnie pachnącą macierzanką i innymi naturalnie rosnącymi ziołami. Dziś macierzanki w naturalnej postaci nie spotkamy u nas. Ba, czasem się zdarza, że nadgorliwy w pielęgnacji gość na Lisim zwróci mi uwagę, cytuję: pozbyłaby się pani tych chwastów z kostki, nie wiedząc, że to moja wychuchana i wycacana macierzanka, która sprawia, że ta kostka (produkt zastany w domostwie) wcale nie wydaje się taka, hm, nieznośnie sterylna...

 

Share this:

About the author / Hania

Hania

Hania

Prowadzę plantację lawendy i opisuję swoje doświadczenia z nią związane na tym blogu. Ciebie, Czytelniku, zapraszam w podróż po moich zmaganiach z kapryśną pogodą i uprawą roślin w zgodzie z naturą.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

DMC Firewall is a Joomla Security extension!