Sklepik na FB

Spacer wśród lawend

Czas podróży - polskie morze zimą

Dwie godziny temu wróciłam ze spotkania ze swoją przyjaciółką. Nie widziałyśmy się od czerwca. Marlena pracuje na ogromnych statkach. Pływa po wybrzeżach od Meksyku po Alaskę. Znika na pół roku, czasem dłużej... To ostatnie półrocze zleciało w mgnieniu oka. Pijąc z nią kawę, uświadomiłam sobie, że są w naszym życiu takie osoby, których możemy nie spotykać przez dłuższy czas, a gdy się wreszcie pojawią, wpadną na ten ułamek sekundy z powrotem do naszej codzienności, jest tak, jakbyśmy nie widzieli ich raptem chwilę. Jest po staremu, jest dobrze. 

Dlaczego o tym piszę? Bo to właśnie w czerwcu udało nam się spędzić wspólny weekend na Warmii i Mazurach - tuż przed rozpoczęciem zbiorów lawendy i wyjazdem Marleny na Alaskę.

Haha, dzięki jej wojażom mam coraz pokaźniejszą kolekcję magnesów na lodówkę z różnych zakątków świata, niczym rasowy podróżnik. ;)

W podróż na północ Polski mogłyśmy udać się dzięki mojej wygranej w lawendowym konkursie organizowanym przez portal dla kobiet ofeminin wraz z firmą Henkel w ramach promocji ich nowego produktu - lawendowego płynu do prania. Przyznam się, że lubię ten płyn, pranie pachnie naprawdę przyjemnie i świeżo, i kupuję go na zmianę z innym środkiem piorącym o zapachu mydła marsylskiego. 

Wyjeżdżając z Wielunia towarzyszyła nam piękna pogoda. Powietrze pachniało wakacjami. Nic tylko krzyknąć - ahoj, przygodo! i ruszyć w drogę... Ale wiecie jak to jest - mówi się, że nic za darmo i ten darmowy pobyt w Klekotkach szybko dał się nam we znaki. 

Ale zacznijmy od początku...

Już w drodze na Warmię pogoda zaczęła się psuć i to tak całkiem poważnie. Podczas przerwy obiadowej w trasie rozpętała się wichura. I jak zaczęło wtedy padać, najpierw grad, później deszcz, tak już nie przestało (z krótkimi przerwami) aż do momentu naszego niedzielnego wyjazdu z województwa warmińsko-mazurskiego. Serio. Temperatura spadła poniżej 10 st. C, zrobiło się naprawdę marcowo, a ja zaczęłam żałować, że nie zabrałam z sobą szalika i czapki...

Klekotki

Po przyjeździe musiałyśmy mocno zweryfikować nasze plany - żadne kajaki, hamaki, leżenie plackiem na świeżym powietrzu, nordic walking czy zwiedzanie okolicy na rowerach nie wchodziło w rachubę. W piątkowy wieczór postanowiłyśmy zostać w hotelu, skorzystać z sauny (... jakoś na kąpiel w jacuzzi w strugach deszczu nie miałyśmy ochoty), napić się lampki wina i iść grzecznie spać z nadzieją, że sobota zaskoczy nas piękną pogodą.
Uwielbiam chodzić do sauny, wygrzewać się i żadna wysoka temperatura nie jest mi straszna, ale uwierzcie mi - tym razem zwiewałyśmy z sauny w podskokach zanim zaczniemy wyparowywać! Nie wiem, jaki mechanizm zawiódł, ale na samo wspomnienie tego gorąca zaczynają piec mnie oczy. 

Samo miejsce czyli odrestaurowany XVII-wieczny młyn wraz z przylegającym do niego kompleksem zabudowań jest fenomenalne! Stworzone ze smakiem, ekskluzywne, ale nienadęte, swobodne i najzwyczajniej w świecie piękne. Cały obiekt, a szczególnie budynek Sento SPA, to połączenie stylu rustykalnego, inspiracji dalekowschodnich z nowoczesnymi materiałami takimi jak beton czy szkło. Poczułam się jak ryba w wodzie albo może bardziej jak pies tropiący, bo miałam ochotę zajrzeć w każdy zakamarek tego miejsca. Ot, takie lekkie skrzywienie zawodowe. ;)

Jedno jest pewne - przebywanie w tym miejscu daje dużo przyjemności. Widać, że ogromnie ważne dla twórców Klekotek jest również obejście. Pełno tu zieleni, sekretnych przejść, ławeczek, stoliczków, przy których można przysiąść, powertować książkę, sączyć kawę. Mogę jedynie sobie z zazdrością wyobrażać, jak to jest przyjechać tutaj i trafić na sprzyjające warunki pogodowe... 

Nasz karnet oprócz dwóch noclegów i posiłków zawierał także zaproszenie na Lawendowy Rytuał, w skład którego wchodziły: lawendowa kąpiel ofura, lawendowy masaż ciała oraz masaż twarzy lub stóp. I to była zdecydowanie najprzyjemniejsza część naszego sobotniego popołudnia na Warmii, choć o mały włos w ogóle by jej nie było, gdyż pani w recepcji źle podała godzinę naszej wizyty. Zapowiedziałyśmy, że z wojaży po okolicy wrócimy o 16:00, natomiast panie czekały na nas w Sento już od 14:00.

Po zabiegach jest czas, by zrelaksować się w oddzielnym pomieszczeniu. Siadasz sobie na wygodnych pufach, w oszklonej przestrzeni, jesteś zrelaksowana i popijasz zieloną herbatę... Możesz w wolnej chwili stworzyć własną kompozycję zapachową olejku. Ja kupiłam gotowe firmy Alqvimia i jestem pod wrażeniem ich wydajności - ten antystresowy nadal mam.

Patrzysz przez okno i nie chce się wychodzić na pluchę! Nie chce i basta, nie po takim seansie. Jestem pełna podziwu dla jednej z klientek, która w samym szlafroczku przebiegała trasę z budynku Sento do swojego pokoju. 

Ogromny plus Klekotek: własny warzywnik oraz zioła posadzone przy ogrodzie zimowym. Jesz śniadanie, a kucharz z nożycami śmiga, by ściąć tymianek, rozmaryn czy lawendę, które wylądują na twoim obiadowym talerzu. Jestem bardzo na tak!

Zwiedzanie okolic

W sobotę zaplanowałyśmy zwiedzanie okolic. Pierwsza nieudana próba to dotarcie do cmentarza ewangelickiego. Po prostu w pewnym momencie skończyła się droga... Żadnych oznaczeń, nic. Pospacerowałyśmy po lesie i zawróciłyśmy. Kolejne rozczarowanie to próba dostania się do siedziby Doenhoffów w Kwitajnach. W żadnym z przewodników nie znalazłyśmy informacji, że na teren pałacu nie można wchodzić - wstęp wzbroniony i basta. Farma bizonów też jakoś nam nie przypadła do gustu - nie chodzi o zwierzęta, ale te wszystkie rażące w oczy tabliczki - nie zbliżać się, wykrzyknik, nie wchodzić, wykrzyknik, teren prywatny. Brakowało tylko won!

W niedzielne południe zahaczyłyśmy o Olsztyn. Lody o smaku chilli, spacer po rynku, kawę w papierowym kubku i dobrą zupę... No właśnie, przy ulicy św. Barbary mieści się bistro Świeże Zupy - niewielkie, raptem kilka stolików, ale jakie klimatyczne! Bardzo lubię wnętrza, do których wchodzisz i czujesz się jak w skansenie. Tu stoi jakaś stara konewka, tam nadpalone czarno-białe fotografie wiszą zaraz obok warkocza z czosnku i wokół pełno lawendy - wianki, bukiety oraz kafle z motywem tej rośliny! Pomyślałam: BINGO! 

W drodze powrotnej podskoczyłyśmy także na otwarcie Lawendowego Muzeum Żywego,

ale o tym napiszę następnym razem. :)

Share this:

About the author / Hania

Hania

Hania

Prowadzę plantację lawendy i opisuję swoje doświadczenia z nią związane na tym blogu. Ciebie, Czytelniku, zapraszam w podróż po moich zmaganiach z kapryśną pogodą i uprawą roślin w zgodzie z naturą.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

DMC Firewall is a Joomla Security extension!