Czas podróży - polskie morze zimą

Dodatki z lisiej lawendy

Warsztat na wagę złota

Przełom grudnia i stycznia to dla mnie czas refleksji nad tym, co było i nad tym, co dopiero przyjdzie... Rok 2014 pod względem osobistym był zdecydowanie najcięższym rokiem w moim życiu. Zbyt wiele było w nim rozstań, pogrzebów, smutku... Musiałam nauczyć się mówić nie i dość. Wiele do tej pory ważnych kwestii okazało się w ostatecznym rozrachunku mało istotnymi. Ten przeszły rok to tak naprawdę czas weryfikowania planów i wartości - to moment określania siebie i innych. I choć 2014 przeczołgał mnie chyba na wszystkich możliwych płaszczyznach, to przecież jest tak, jak pisała Maria Dąbrowska w Nocach i dniach, że człowiekowi często się zdaje, że już się skończył, że się w nim nic więcej nie pomieści, ale pomieszczą się w nim jeszcze zawsze nowe cierpienia, nowe radości, nowe grzechy... 

Zaczynając prowadzić tę stronę, założyłam sobie, że nie będę opisywać na niej swoich osobistych przeżyć, choć czasem tak ciężko jest oddzielić tę sferę - w końcu żyję tutaj wśród lawend, wokół nich toczy się moje życie i w wielu przypadkach to one wpływają na to, co dzieje się w moim prywatnym życiu. Czasem mam wrażenie, że jesteśmy nierozerwalnie połączone i już zawsze będą tą Hanią od lawend. Wszak każdy nowy dzień zaczyna się od spojrzenia przez okno na plantację, upewnienia się, że wszystko jest na swoim miejscu...

Ale rok 2014 to także czas realizacji kilku ważnych założeń/inwestycji na plantacji. To również moment, w którym wpadłam na swoją kuzynkę Kasię (choć może w tym przypadku bardziej pasuje określenie wpadłam do kuzynku Kasi, która mieszka dwie ulice dalej?). Odkrywanie wspólnie i na nowo miejsc naszego dzieciństwa, zabawy z jej córką Kornelią, te niekończące się przegadane godziny i wypite kawy... To dzięki nim miałam siłę, by raz za razem mówić - głowa do góry, dasz radę. Sukces ekonomiczny Lisiego Pola to również w dużym stopniu zasługa pomysłów Kasi, która przez wiele lat pracowała jako przedstawiciel handlowy i była w swym fachu naprawdę dobra. To jej luźne sugestie oraz pełne powagi zdania Hania, ty to musisz wszystko obliczyć, skalkulować, to musi zarabiać na siebie podpowiedziały mi w jaki sposób stworzyć, mniej lub bardziej, spójną strategię Lisiego.

Wracając jednak do realizacji na Lisim...

Komu kiedykolwiek zdarzyło się zagospodarowywać przestrzeń pod ogród, ten zapewne wie, że jest to studnia bez dna. Przeprowadzając się do domu w Bieniądzicach miałam całkiem sporą (łącznie ok. 76 arów) działkę do ogarnięcia. Nic tylko trawa, trawa, tuje (... a ja za żywotnikami nie przepadam ze względu na ich stożkowaty kształt i walczę z nimi, by wyglądały mniej stercząco już kolejny sezon) i... kilka brzóz. Wiosnę więc zaczęłam od zakupu kompostownika, skrzyń na zioła i warzywa oraz zmodyfikowanej glebogryzarki z przyczepką, która okazała się strzałem w dziesiątkę jeśli chodzi o wywożenie skoszonej trawy (koszenie podwórka i międzyrzędzi na plantacji to dosłownie niekończące się ilości zielska, które gdzieś trzeba upchnąć).

Następnie wyznaczyłam dwie przestrzenie na łąkę w obejściu - jedna wzdłuż płotu oddzielającego plantację od domostwa, druga wzdłuż ściany garażu. Łąka przy płocie zarasta jak chce - królują na niej krwawnik, mimozy, gipsówka, bylica i cała masa innych tzn. chwastów. Druga łąka to już akcja kontrolowana - wysiewałam na niej ogóreczniki, różnokolorowe chabry, ostróżki, maki, łubiny i całą masę innych kwitnących roślin. Rozrasta się fenomenalnie! A ja nie mam nic przeciwko - niech rośnie! Nigdy nie chciałam mieć ogrodu pod linijkę. 

Kolejne kroki jakie podjęłam to głównie nasadzenia roślin. Ileż ja tych sadzonek w tym roku nazwoziłam na pole! Wkopane do ziemi zostały głogi, forsycje, bzy, tamaryszki, perovskie, rododendrony, piwonie, krzewuszki, tawuły, żarnowce, turzyce i inne trawy, migdałki, budleje, hortensje, funkie i caaaała masa innych roślin... Jak to wszystko będzie razem współgrać? Zobaczymy za kilka lat jak urosną. Kierowałam się jedną zasadą: miały to być rośliny kwitnące w odcieniach fioletu/różu/czerwieni/złota. Natomiast tak latem wyglądał tył naszej działki:

 

... bo jeszcze nie wspomniałam o najważniejszym podjętym kroku czyli przesadzaniu pięciu rzędów lawend z pola na teren domostwa. Powody przesadzania ponad 650 lawend były dwa - mniej trawy do koszenia w obejściu oraz kwestie własnościowe. Przy sadzeniu lawend pożyczyliśmy od sąsiada 1,5 metra jego ziemi. Jak się później okazało przy ponownym wytyczaniu granic działek - wyszło tego trochę więcej, akurat pięć rzędów lawend. Postanowiłam je przesadzić tej wiosny, bo jak to się mówi - nie wiadomo co życie przyniesie, a to był ostatni moment, w którym przesadzenie takiej ilości lawend nie byłoby zadaniem godnym Herkulesa.

O ile lawendy z pola (wszystkie!) wykopałam sama, a ich wsadzaniem w nowe miejsce zajęła się moja ciocia i jej przyjaciółka, o tyle teren pod lawendy został wcześniej przygotowany przez poleconą mi ekipę. Uwinęłyśmy się przesadzaniem w kilka dni, a ja odczułam ulgę nie do opisania - na mnie wysiłek i praca fizyczna działają terapeutycznie.

Kolejna kwestia to płot. Płot betonowy, wysoki, dający wrażenie niczym z Gry o tron - wiecie, klimat tego, co jest za murem. ;) Płot potrzebny, bo dający poczucie prywatności zarówno mnie, moim gościom (a było Was w tym roku naprawdę wielu!) jak i naszemu sąsiadowi. Tym bardziej, że taras na Lisim jest właśnie od tej zachodniej strony. Płot, na którym kiedyś na pewno powstanie jakiś ciekawy mural, na ten moment systematycznie jest zamalowywany przez dzieciaki, które przyjeżdżają na Lisie. Nawet nie sądziłam, że tyle frajdy im to sprawi. Dorosłym też się zdarza co nieco narysować. :)

A jak stanął płot, to trzeba było wyznaczyć nowe miejsce wyjścia na plantację. Był to czas, gdy akurat wróciłam z Klekotek, więc na fali fascynacji betonem i zielenią postanowiłam zaadaptować kojec po mojej kochanej suczce Fidze na mini ogród japoński z widokiem i wyjściem na pole. Jest to miejsce bardzo spokojne, zaciszne, obrośnięte dereniem czerwonym i słonecznikami. Wyłożone betonowymi płytami, które zostały po budowie domu. Z tych płyt również ułożyliśmy palenisko (vivat recycling!). Dodatkowo nasadziłam w swoim mini zakątku zen azalie, rokitniki, hosty, wierzbę karłowatą i trawy spiralis

Widok na pole i nasze palenisko w grudniu

Przeniosłam także swoją pracownię ze strychu, gdzie mieści się suszarnia, na dół do najmniejszego pokoiku. Dlaczego? Wiecie, bieganie góra dół zaczyna być w pewnym momencie męczące, tym bardziej że na strych wchodzi się po drabinie. O ile idealnie spełnia on funkcję suszarni, o tyle pracowało mi się tam ciężko - brak odpowiedniego oświetlenia, skosy, intensywny zapach lawend - same niedogodności. ;) Teraz pracuje mi się świetnie - mam w pracowni biurko pod oknem, masę półeczek na wszystkie bibeloty i, co najważniejsze, w trzydzieści sekund mogę dobiec na plantację gdy jest taka potrzeba.

 

A o planach na 2015 napiszę Wam, mam nadzieję, już jutro!

Share this:

About the author / Hania

Hania

Hania

Prowadzę plantację lawendy i opisuję swoje doświadczenia z nią związane na tym blogu. Ciebie, Czytelniku, zapraszam w podróż po moich zmaganiach z kapryśną pogodą i uprawą roślin w zgodzie z naturą.

Komentarze   

+1 #2 Kasia 2015-01-03 20:17
Haniu jesteś niesamowita. Z rozbawianiem wspominam nasze pierwsze spotkanie po latach... A teraz już wiem że Ty wiesz;-) Oby 2015 przyniósł oczekiwane rezultaty naszych działań i oby spełniło się to o czym po cichu marzymy... Dziękuję że wierzysz we mnie mimo że mi samej czasem brak odwagi.
Cytować
+1 #1 Kasia 2015-01-03 19:58
Uwielbiam ten klimat Lisiego! Wszędobylska lawenda, kolorowe kocury, pasja w powietrzu...
Sama bardzo chętnie żegnałam rok 2014, najgorszy w moim życiu, zdecydowanie. Oby następny bardziej nam sprzyjał.
Czekam na nowe wpisy i relacje z tego jak rozkwita to miejsce!! :
:-)
Cytować

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Our website is protected by DMC Firewall!