Spacer wśród lawend

Czas podróży - polskie morze zimą

Dodatki z lisiej lawendy

Rocznikowo mam już 28 lat. Wspominam o tym specjalnie, gdyż stety niestety uciekły mi dwa lata z życia. Właśnie z powodu strachu przed podjęciem właściwej decyzji. Ale zacznijmy od początku...

Zawsze byłam prymuską w szkole - wiecie, czerwony pasek, przewodnicząca klasy, konkursy, wystąpienia, współtworzenie gazetek szkolnych i tak dalej. Jak patrzę z perspektywy czasu - byłam takim typem, który potrafił wkurzyć innych swoją aktywnością. 

Moi rodzice są prawnikami, ja bardzo dobrze uczyłam się w szkole - naturalne więc było, że pójdę w ich ślady. Tak też przez całą swoją szkolną edukację byłam nakierowywana - angielski, historia, wiedza o społeczeństwie. W drugiej klasie liceum zaczęłam przebąkiwać, że chciałabym zdawać na maturze również historię sztuki i że być może wcale nie chcę iść na prawo... Pochodzę z małego miasta, które liczy ok. 28 tys. mieszkańców, chodziłam do najlepszego liceum w okolicy, jednak... Nie udało się znaleźć nikogo, kto mógłby przygotować mnie do tego egzaminu. Zajęcia z wiedzy o kulturze na etapie liceum ograniczały się do wytłumaczenia pojęcia sonaty oraz porządku jońskiego. Moja mama powtarzała: - Hania, sztuka to dla nas terra incognita, zdaj dobrze maturę z historii, potem się zobaczy. Przyznałam jej rację - dobrze zdana historia na maturze pozwalała dostać się na większość humanistycznych kierunków.

Rocznik '87 to także rocznik, który jako drugi zdawał nową maturę. Wszyscy byliśmy przerażeni tym już dziś legendarnym wpasowywaniem się w klucz. ;) Nie wyrabialiśmy się z materiałem na większości zajęć - nie była to wina nauczycieli, ale niedopracowań w systemie. Zdarzały się także szalone konfiguracje pedagogiczne - np. mojej klasie (profil rozszerzona historia i WOS) przydzielono nową nauczycielkę, która na lekcjach potrafiła pomylić III Rzeszę z ZSRR - części rodziców włos zjeżył się na głowie. Zaczęło się gorączkowe szukanie korepetytorów. Naturalne było, że sporo uczniów z mojej klasy chodziło na dodatkowe zajęcia. Trafiło i na mnie - w drugiej klasie liceum zapisano mnie na korepetycje z historii do nauczyciela, który w zasadzie uczył pozaszkolnie wszystkich chcących iść na prawo. No i zaczęło się...

Kompletnie się nie dogadywaliśmy. Ja byłam chora na myśl, że przez godzinę będę maglować dzień po dniu przebieg Wielkiej Rewolucji w nosie mając jej przyczyny, on był wściekły, że mnie to nie porywa i nieskładnie dukam. Dość szybko nasza współpraca zakończyła się - nauczyciel zadzwonił do mojej mamy, dając jej do zrozumienia, że muszę być głupia skoro nie łapię tak prostych kwestii i że w takiej sytuacji to raczej nie zdam matury. Wtedy pierwszy raz stanowczo powiedziałam, że więcej moja noga w jego gabinecie nie postanie. Należę do osób, które zdecydowanie lepiej reagują na system nagród niż kar. Jak mi ktoś powie, że jestem taka czy owaka - nie będę za wszelką cenę udowadniać, że jest inaczej. Po prostu odwrócę się na pięcie lub, co gorsza, zamknę w sobie. 

I tak trafiłam po nerwowych poszukiwaniach na zajęcia do Pana Tomasza Jaskóły. Dwa razy w tygodniu dojeżdżałam na kilka godzin do Częstochowy. Pędziłam na te zajęcia jak na skrzydłach! Złapałam totalnego bakcyla wiedzy. Ostatni rok liceum przesiedziałam w książkach. Spotykaliśmy się w niewielkich grupach, rozwiązywaliśmy setki testów i dyskutowaliśmy, maglowaliśmy tematy historyczne w nieskończoność. Nie umiem wytłumaczyć Wam do końca fenomenu tych zajęć, ale efekty były spektakularne! Potrafiłam przerabiać po 100 stron podręczników dziennie, zapamiętywać hasła z almanachu, a przed snem przyswajać po dziesięć haseł ze słownika Kopalińskiego i chyba to było to - łyknąć dużą dawkę wiedzy na raz, powtarzać ją systematycznie i maglować w ciekawy sposób. To, co działo się w szkole na lekcjach było jakby obok - sprawdziany stawały się tylko powtórzeniem wiedzy już zdobytej. W dużej mierze pracowaliśmy na obrazach - z Wolności wiodącej lud na barykady pędzla Delacroix dało się wyczytać więcej na temat rewolucji lipcowej niż na podstawie suchych faktów. Karykatury przedstawiające wydarzenia historyczne pozwalały łatwiej zapamiętać ich kontekst. To była jedna wielka fenomenalna gra skojarzeń. Dodatkowo nikt nie odbierał nam pewności siebie, a zaszczepiał w nas przekonanie, że tak - owszem, wiedza to skarb i uczcie się z niej korzystać. Do matury podchodziłam ze świadomością, że jestem przygotowana, że dam z siebie wszystko i będzie dobrze. Tak też było. :)

Wszyscy z grupy Jaskóły aplikowali na prawo. Część moich znajomych z ogólniaka również. Miałam się wyłamać? Z takimi wynikami? Zabrakło mi odwagi. Serio, byłam zbyt tchórzliwa, by iść nieznaną mi drogą. Złożyłam jak reszta papiery na prawo. Dostałam się wszędzie, wybrałam Wrocław. Czułam ekscytację nowym początkiem.

Po pierwszym roku studiów ważyłam 47 kg, a na samą myśl o nowym semestrze miałam odruch wymiotny. Pamiętam, że stojąc w tłumie po jakieś zaliczenie, jedyne nad czym się zastanawiałam, to jak stąd zwiać. Przerażało mnie morze skórzanych teczek, w których nic poza ołówkiem i kartkami nie było, a które należały do zbyt pewnych siebie i śmiertelnie poważnych 20-latków.

Po letnim semestrze drugiego roku klamka zapadła - nie podeszłam do zaliczeń końcowych tak, bym miała pewność, że nawet jeśli będę zmuszona wrócić na prawo, to mam ponad pół roku przerwy na zastanowienie się. Aplikowałam po cichutku na wymarzony kierunek studiów. Dostałam się na historię sztuki.

Instytut Historii Sztuki we Wrocławiu zajmuje dwa piętra, raptem cztery sale zajęciowe, niewielka grupka studentów, cisza i spokój w bibliotece oraz na patio - bingo! Co prawda na początku nie miałam pojęcia, o czym niektórzy do mnie mówią... Jaki gotyk płomienisty? Co to, do diabła, jest akroterion?! Miałam ogromne braki, bo to, co większość przerobiła przed maturą, ja musiałam ogarnąć dopiero teraz - trzy lata później.

W rozmowach ze znajomymi czy rodziną padało ciągle i ciągle to samo pytanie - Hania, a co ty będziesz robić po tej historii sztuki? Odpowiedź, nawet po latach, jest ta sama - lepiej być absolwentką elitarnego kierunku czy ukończyć fabrykę magistrów? Na historii sztuki studiowało łącznie na wszystkich rocznikach może osiemdziesięciu uczniów, na prawie we Wrocławiu na samych studiach dziennych było około tysiąca studentów przekonanych o usłanej różami przyszłości.

Nie ma złotej recepty na sukces, ale uważam, że decyzja o zmianie kierunku studiów i pójście za marzeniami była jedną z najodważniejszych i najtrafniejszych decyzji w moim życiu. Żałuję jedynie, że zabrakło mi odwagi, by od razu pójść tą drogą.

Share this:

About the author / Hania

Hania

Hania

Prowadzę plantację lawendy i opisuję swoje doświadczenia z nią związane na tym blogu. Ciebie, Czytelniku, zapraszam w podróż po moich zmaganiach z kapryśną pogodą i uprawą roślin w zgodzie z naturą.

Komentarze   

+1 #1 Ola 2015-03-17 11:33
Haniu wpis przeczytałam jednym tchem, bo... zobaczyłam w nim siebie. Jakbym widziała lustrzane, parę lat młodsze, ale jednak lustrzane odbicie siebie. Też byłam aktywnym, wzorowym uczniem, też pragnęłam zaspokoić ambicje matki. Efekt był taki, że po dostaniu się na te "upragnione" elitarne dzienne, po roku rzuciłam w cholerę i przeszłam na tryb zaoczny i zaczęłam pracę. Wbrew mamie, która do tej pory uważa że robię źle, źle, jeszcze raz źle, bo papierek to przecież moc. Patrząc na Twój przykład widzę jednak, że podążanie za WŁASNĄ intuicją i marzeniami jest najważniejsze. Teraz nieśmiało spoglądam w kierunku własnego biznesu, z niepokojem, ale patrząc na Ciebie widz, że chyba warto zaryzykować. Jestem pełna podziwu i życzę wszystkiego dobrego :)
Pozdrawiam ! Ola
Cytować

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd