Spacer wśród lawend

Czas podróży - polskie morze zimą

Dodatki z lisiej lawendy

Jakiś czas temu, stojąc na supermarketowym parkingu, usłyszałam fragment audycji radiowej o życiu na wsi. Temat ten na tyle mnie wciągnął, że postanowiłam chwilę dłużej posiedzieć w aucie i przysłuchać się temu, co mają do powiedzenia rozmówcy o współczesnym życiu na wsi. Potrzeba rozprawienia się z mitami, które miałam w głowie przed i tuż po przeprowadzce na wieś chodziła za mną od hm... co najmniej pół roku. Można więc powiedzieć, że urywki wywiadu stały się bodźcem do zebrania własnych przemyśleń w całość. 

W audycji poruszano temat migracji z miasta do wsi. Jest to widoczne zjawisko w postaci wyrastających jak grzyby po deszczu domów jednorodzinnych. Wracając w rodzinne strony po siedmioletnim pobycie we Wrocławiu, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to właśnie kolonie nowych domostw. Dziesięć lat temu prawie puste okoliczne wsie tj. Bieniądzice, Widoradz, Raczyn czy Gaszyn, dziś wyglądają jak przedmieścia Wielunia z działkami rolnymi przekwalifikowanymi na budowlane. Nowe formy architektoniczne przeplatają się ze starymi budynkami, stawiane są wysokie płoty, sadzone żywopłoty - w takiej współczesnej wsi nie ma miejsca na ławeczkę przed posesją i pogawędki z sąsiadami. Taka wieś staje się poczekalnią, miejscem snu - w końcu życie jej mieszkańców toczy się tak naprawdę w mieście.

Ale jest też drugie oblicze wsi...
Tworzą je osoby, dla których wieś jest zarówno miejscem zamieszkania jak i miejscem pracy. Pamiętam, jak mój dobry znajomy ze studiów zawsze się zaśmiewał, gdy mówiłam: zobaczysz, przeprowadzę się na wieś, będę mieć pole lawendy, kury i owce... Jakiś czas temu ten sam znajomy zadzwonił do mnie i walnął prosto z mostu: wiesz, w sumie to ja ci się teraz nie dziwię, sam chciałbym mieć tartak i robić coś własnymi rękami.

Co nas tak gna do tej sielskości? 
Powrót na wieś w kulturze nie jest niczym nowym. Nie jesteśmy pierwszym pokoleniem młodych, które zamiast siedzieć pod krawatem woli ubrudzić sobie ręce w polu. Przyznaję się bez bicia, że sztuka Młodej Polski miała na mnie największy wpływ i choć przez długi czas próbowałam się tego wyprzeć, że nie, broń boże, że tylko to, co najnowsze, że wcale mnie te wernisaże nie nudzą, że nie uważam tych opisów do wystaw i tłumaczeń kuratorów co autor miał na myśli za durne, nie nie, co to, to nie, to bardzo rozwijające
Z czasem naszła mnie refleksja, że nie ma się co okłamywać - Stanisławski, Ruszczyc, Fałat czy Wyczółkowski (... i wielu, wielu innych artystów z przełomu XIX i XX w.) zawsze będą mi najbliżsi. Mieszkam na wsi, wiję wianki, jaram się drewnianą architekturą, mgłą na plantacji i zachodami słońca - taka już jestem, kropka. 

Trend powrotu do natury jest bardzo wyraźny. Będąc ostatnio na łódzkim festiwalu designu, miałam wrażenie, że wszystko kręci się wokół tego motywu. I, o ile zabawa w drwala, którą umożliwiała ekspozycja Barlinka, jest przyjemna przez chwilę (bo możesz podłubać w drewnie, pociąć i wypolerować deski, ubrać flanelową koszulę w kratę i porąbać klocki), o tyle rzeczywistość potrafi rozczarować... Szczególnie jeśli składa się na nią ciąg powtarzających się systematycznie fizycznych czynności. W zeszłym roku udało nam się załatwić resztki desek z budowy na opał do kozy w salonie. Do dyspozycji mieliśmy jedynie siekierę - Rafał po tygodniu rąbania miał dość. W tym roku pierwszym po załataniu dziur w domowym budżecie zakupem była piła spalinowa. I był to strzał w dziesiątkę, ale ulga. ;)

Pamiętacie Wesele? Dramat Wyspiańskiego, w którym Panna Młoda i Pan Młody byli inspirowani realnymi postaciami? Córkę chłopa Jadwigę Mikołajczykównę ciągnęło do miasta, życia bohemy, sesji modelingowych, a poetę Lucjana Rydla do szpadla i pielenia brukwi. Szczerze się uśmiałam, czytając improwizowany wywiad z nimi w Facecjach. Łapie fragment:

Facecje: Jak poradziliście sobie z klasycznym dla każdego związku ciosem: zderzenie oczekiwań z rzeczywistością?
Panna Młoda: Moim zdaniem nie najgorzej. Kiedy Lucjan przeprowadził się do Bronowic z Krakowa, miałam nadzieję na podniesienie jakości życia - i to się wydarzyło. Ja z kolei zaczęłam częściej bywać w mieście, które okazało się jeszcze wspanialsze, niż oczekiwałam przed ślubem!
Pan Młody: Za to ja oczekiwał, iż we dwoje będziem ciężką, piękną i szlachetną pracą czynić ziemię nam poddaną i przy zbieraniu jej plonów patrzeć radośnie, jak dziecioki pląsają przy drodze nago, a przystojnie. Tymczasem całe dnie sam użeram się z tym ugorem, kręgosłup już mi siada od pielenia rzodkwi i brukwi; żona rzadko przyjeżdża z miasta do domu, więc siedzę tu sam, patrzę w ścianę, piję, może trochę ostatnio za dużo. Nie tak to wszystko miało wyglądać, oj, nie tak.

Hahaha, samo życie! No właśnie - bo każdy z nas ma tendencję do tworzenia mitów. Ja także wyobrażałam sobie, że życie na wsi będzie ciut inne, lżejsze, mniej żmudne, może trochę bardziej słodkie i sielskie zgodnie z tworzonym od lat wyobrażeniem o wsi jako idyllicznym miejscu na ziemi gdzie siedzi się pod lipą i duma w cieniu. Dziś chciałabym Wam opisać trzy z mitów, z którymi przyszło mi się zmierzyć:

Życie na wsi jest tańsze od życia w mieście

Kiedy wpadłam na pomysł zaaranżowania domostwa w Bieniądzicach na lawendową farmę nie miałam zielonego pojęcia o kosztach, jakie przyjdzie mi ponieść z tytułu założenia nietypowej działalności. Pamiętam, jak moja mama mówiła - dziecko, masz świadomość kosztów życia na wsi? Nie miałam i byłam w tej kwestii lekkoduchem. 

Pierwszy pożeracz pieniędzy - ogród. Bo z ogrodem wiążą się początkowo ogromne koszty - a) zakup sadzonek, b) utrzymanie ogrodu w jako takim stanie. Część roślin można pozyskać samodzielnie, więc o ile ma się czas, to zdecydowanie rozsądna opcja, ale nie wszystko uda się wyhodować samemu. Poza roślinami potrzebny jest odpowiedni sprzęt - od sekatorów, grabi, wideł począwszy, a skończywszy na podkaszarce, kosiarce, glebogryzarce oraz paliwie do nich i miejscu przechowywania tego całego ogrodniczego sprzętu (wymieniam tu sprzęty także używane na polu). Nie wspominając o donicach, ściółce, kompostowniku i meblach ogrodowych... Ogród to nie tylko finansowa studnia bez dna - to także pożeracz czasu. W pierwszym roku życia na wsi podeszłam do tematu z zapałem godnym neofity - z namaszczeniem wybierałam sadzonki, nasionka, kupowałam donice, do donic w zależności od pory roku wsadzałam - bratki, goździki, lobelie... Wysiewałam, wysiewałam, wysiewałam i wpadałam w euforię za każdym razem, gdy widziałam, że coś zaczyna wzrastać. A jak już wyrosło to trzeba było pielić, by chwast nie zniszczył efektów i podlewać, by nie padło i przycinać, by rosło. Pierwszego lata w Bieniądzicach byłam tak zmęczona lataniem z konewką/wężem/grabkami/trymerami po zachodzie słońce (bo tylko wtedy był na to czas), że po zakończeniu sezonu postanowiłam poszerzyć wiedzę o roślinach i skupić się na takich, które sprawiają jak najmniej zachodu. Kolejna wiosna zaczęła się od planowania, przesadzania i już nie było mowy o wysiewaniu czegokolwiek (no, poza dyniami ozdobnymi i passiflorą, która, jak się okazało, koszmarnie śmierdzi). W końcu ogród ma być przyjemnością - doszłam do wniosku, że skoro cały dzień pracuję z roślinami na polu lub w pracowni, to ogród wymagający dużego zaangażowania z mojej strony nie jest po prostu dla mnie. Nie grabię też ciągle opadających jesienią liści - raz zmielone kosiarką zostają na trawniku i nawożą. Trawnik w sezonie zielony jak ta lala, a roboty o wiele mniej.

Do nieprzewidzianych przeze mnie wydatków doliczyć musiałam także - dużo większy koszt ogrzania domu, serwis maszyn, wyższe niż w mieście rachunki za wodę (podlewanie) i prąd (piec i wszystkie inne sprzęty, których nie potrzebowałam w mieście tj. nożyce akumulatorowe ładowane podczas zbiorów dzień w dzień) czy eksploatacja dwóch aut (bo bez tego ani rusz przy braku sprawnej komunikacji publicznej). Tym większe było moje zdziwienie, gdy jedna z ekspertek podczas trwania audycji radiowej powiedziała, że życie na wsi jest tańsze od tego w mieście. Nie, nie jest. Tak może powiedzieć tylko ten, kto na wsi nigdy nie żył lub żyje, ale odrzuca większość cywilizacyjnych udogodnień.

... i będę biegać boso po trawie!

Jest w nas jakieś dziwne przekonanie, że bieganie boso na świeżym powietrzu daje hm... poczucie wolności? We mnie również mocno była mocno zakotwiczona taka potrzeba. Do czasu...
Na wieś przeprowadziłam się wraz z całym arsenałem zwiewnych sukienek, w których pomykałam po ulicach Wrocławia. Sukienki te bardzo szybko okazały się totalnie niepraktyczne - jak się schylisz, widać biust, jak ukucniesz - pupę, jak przyklękniesz w lawendach, kolana po paru minutach bolą niemiłosiernie, a skóra na nich szybko robi się szorstka i nagle daleko ci do miss gracji. Ale najgorsze w bieganiu na bosaka w zwiewnych sukienkach po polu jest to, że możesz być pewna, że coś cię zaraz użądli - najpewniej pszczoła. Ja przez własną głupotę wylądowałam na pogotowiu z sino-fioletową spuchniętą stopą (a za kolejnymi razami już całą nogą). Okazało się, że jestem uczulona na jad pszczeli, a odkrywając stopy i nogi aż proszę się o najgorsze. Szybko poszłam po rozum do głowy i zamiast pomstować na owady, których latem u nas pełno, postanowiłam wymieć garderobę i nauczyć się ostrożności. Plus mieć pod ręką zapas Dexavenu, bo nigdy nie wiadomo, jak zareagują goście Lisiego na ewentualne użądlenie. Ostatnie lato było pierwszym, w którym nic mnie nie użądliło, a sukienki i klapeczki ubieram tylko wtedy, gdy jadę do miasta na rodzinny obiad.

Podczas odwiedzin znajomych zawsze ostrzegam - ej, ale uważajcie z tym chodzeniem na boso! Przyznam szczerze, że mało kto mnie słucha. :D W efekcie tego dzieci znajomych nieźle się u nas zahartowały - były drzazgi oraz żądła w różnych częściach ciała (... i towarzyszące im krzyki rozpaczy!), a nawet zdarzyło się wdepnięcie bosą stopą w rozkładające się resztki jakiegoś gryzonia i kupę psa mieszkającego po sąsiedzku. 

Dzięki ogródkowi warzywnemu stanę się samowystarczalna

O tym, że ogród pochłania masę czasu i energii pisałam wyżej, ale w kontekście roślin ozdobnych, a co z tymi jadalnymi? Marzeniem wielu ludzi tęskniących za życiem na wsi jest chęć posiadania własnego warzywnika lub niewielkiego sadu, potrzeba bycia samowystarczalnym. Tuż po przeprowadzce, często w rozmowach ze znajomymi, przewijał się motyw spożywczej samowystarczalności - skoro mieszkam na wsi, mam ziemię, to wyhoduję swoje warzywa oraz owoce i będę mogła omijać część półek w supermarkecie szerokim łukiem. Ba, znajomi będą się zaopatrywać u mnie w ekologiczne marchewki! Ta myśl była ogromnie kusząca dla mnie od samego początku. Własne pomidory, ziemniaki, rzodkiewka prosto z rajki, czad! Gdyby to było takie proste... 
Żebym mogła zagwarantować tylko mojej rodzinie zapas warzyw na cały rok, musiałabym najpewniej przeznaczyć całe poletko pod ich uprawę, a i tak nie mam pewności, czy to pół hektara starczyłby na wyprodukowanie całorocznego zapasu warzyw dla kilkuosobowej rodziny. Mogłabym także zapomnieć o lawendzie, bo uprawa warzyw na taką skalę zajęłaby cały mój czas. A przy suszy lub zarazie nici z plonów...
Jasne, mam miejsce w ogrodzie na rzodkiewkę, marchewkę, bób, różne sałaty, szczaw... Rzodkiewka najczęściej kończy się szybciej niż zdąży wylądować na talerzu, a zanim wyrośnie nowa, zdążę kilkanaście razy kupić pęczek w sklepie, jarmuż i sałaty pięknie mi w tym roku rozkwitły, brzoskwinię miałam jedną, a bób zjadły robaki. Za to malin i poziomek było całkiem sporo.
Jak dziś pomyślę sobie o wyprodukowaniu zapasu tylko pomidorów dla całej rodziny na 365 dni robi mi się słabo, serio. Pomidory takie, pomidory śmakie, keczup, sos do makaronu, sok... Warzywa z niewielkiej szklarni, z działki czy przydomowego warzywnika nigdy nie zagwarantują samowystarczalności żywieniowej. Dają dużo frajdy, smakują najlepiej na świecie, ale niestety rośliny mają określone okresy wegetacji, opieka nad nimi zajmuje czas, do wzrostu potrzebują miejsca, a tego nie jesteśmy w stanie przeskoczyć. Zresztą to ciekawy temat na zupełnie inny wpis, bo problem odpowiedniej wielkości powierzchni uprawowych jest zagadnieniem niezwykle istotnym, stąd np. pomysły upraw wertykalnych, które zwiększają efektywność plonów. 

Uff, chyba jeszcze nigdy się tak nie rozpisałam!
Dla mnie takie konfrontacje przekonań z rzeczywistością i przemyślenia z nimi związane są bardzo przydatne. Przede wszystkim nabieram dystansu do samej siebie. :)

Share this:

About the author / Hania

Hania

Hania

Prowadzę plantację lawendy i opisuję swoje doświadczenia z nią związane na tym blogu. Ciebie, Czytelniku, zapraszam w podróż po moich zmaganiach z kapryśną pogodą i uprawą roślin w zgodzie z naturą.

Komentarze   

+1 #3 JolS 2015-12-23 13:16
Świetne zdjęcia i bardzo dobry tekst. Mam nadzieję że nie ostatni i mogę już z niecierpliwością czekać na kolejne. Powodzenia w dalszej pracy i pozdrawiam :)
Cytować
0 #2 HaniaKa 2015-12-09 16:39
Izabela, trafiłaś w sedno!
Dobrze jest czasem przeczytać, że ktoś myśli podobnie. Tym bardziej, że na większości folksterskich blogów to wszystko takie cacy jak ta lala, a tak nie jest. Życie na wsi to dużo więcej pracy. Jasne, sami chcieliśmy, ale nie zawsze mieliśmy też o tym pojęcie. ;)
Cytować
+1 #1 Słoneczne Niezapomin 2015-12-09 12:08
No i brawo! Do tego dorzuciła bym kilka innych spraw, o których wspominałam w swoim poscie http://sloneczneniezapominanie.blogspot.com/2014/09/druga-strona-medalu-czyli-o-minusach.html oraz http://sloneczneniezapominanie.blogspot.com/2015/01/druga-strona-medalu-czyli-o-minusach.html

Pozdrawiam :)
Cytować

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

Our website is protected by DMC Firewall!