Spacer wśród lawend

Czas podróży - polskie morze zimą

Dodatki z lisiej lawendy

Odkąd powstało Lisie nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca do pracy. Zamiast od razu ustalić tak ważne kwestie jak usytuowanie warsztatu, spychałam te myśli na bok na zasadzie jakoś to będzie, teraz nie, tymczasowo dam radę w tym miejscu, nie stać mnie na kolejną inwestycję i tak dalej. Był to błąd, bo na samym początku powinnam była wyznaczyć na działce miejsce pod pracownię i m.in. zaplecze logistyczne. Zaoszczędziłabym sporo czasu i nerwów. 

Pierwszą pracownię uwiłam sobie na strychu. Żeby się do niej dostać musiałam wspinać się po drabinie. Dziś, gdy patrzę na to z perspektywy czasu, nie mogę się nadziwić jakie to wszystko było nieprzemyślane i... na wariackich papierach. Ale też nigdzie nie natrafiłam na niezbędnik - Jak poradzić sobie po założeniu plantacji lawendy - tysiąc aspektów, których nie wzięliście pod uwagę, a które zaskoczą was w kolejnych latach na 100%.
No, na początku zatem był strych - bieganie góra/dół, słabe oświetlenie, skosy dachu i ogólnie pod górkę. Strych od początku do dziś pełni także rolę suszarni na bukiety. W pierwszych dwóch sezonach zbiór był niewielki (... bo i rośliny małe), więc jakoś tam się mieściło wszystko. Zamówień było niewiele, nie odczuwałam więc większych problemów logistycznych. Było znośnie. Może nie idealnie, na pewno nie jak z żurnala, ale pracować się dało (zdjęcie pracowni na strychu - klik). 

W trzecim roku działania plantacji przenosiłam się biegiem na dół. Pokój, który do tej pory był pokojem gościnnym, szybko przerabiałam na pracownię. To był moment, w którym pole zaczęło odwiedzać więcej osób. Tak naturalnie - wpaść na chwilę, posiedzieć wśród lawend, zrobić zakupy lawendowe, popstrykać zdjęcia, coś opowiedzieć. Musiałam sprostać więc oczekiwaniom i stworzyć przestrzeń, w której można byłoby zobaczyć nasze produkty na żywo. Bieganie po drabinie po lawendę szybko dało mi w kość. Zbiory zaczęły być także konkretne - warsztat na strychu zajmował zbyt dużo miejsca, a większego pomieszczenia na suszarnię nie mieliśmy. Trzeba było się przenieść.

W trzecim sezonie powiększyliśmy także powierzchnię suszenia - całe podbicie dachu szopy jest w linkach, na których od lata do jesieni suszą się bukiety. Warunki w drewnianej szopie są genialne, bukiety suszą się w ekspresowym tempie, pozostając wyjątkowo intensywnie wybarwione. Jednocześnie podjęliśmy decyzję, że zarówno destylację hydrolatów, jak i produkcję suszu przenosimy na dwór. Właśnie pod szopkę. 

Zaadaptowanie jednego z pomieszczeń domowych na pracownię nie było najlepszym rozwiązaniem - nie każdy z odwiedzających czuł się swobodnie, wchodząc do naszego domu, nie zawsze też ja się czułam z tym dobrze - miałam wrażenie, że jest to koszmarnie nieprofesjonalne z mojej strony. Wiecie, jak to tak można, tu dyplom kobiety przedsiębiorczej wisi na ścianie, a na co dzień tu salon, tam kuchnia, miniemy jeszcze łazienkę i o, zapraszam, jesteśmy na miejscu, proszę spojrzeć na te cuda wianki, uwaga, niech pani się nie potknie o te kartony, cholera, Rafał znowu zostawił kapcie na środku korytarza...

Trzeci sezon to również boom na zamówienia internetowe - po całym domu rozstawialiśmy kartony, folie i paczki do wysyłki. Taki niekontrolowany chaos, a z powodu braku zaplecza gospodarczego spakowane oraz zabezpieczone do wysyłki paczki lądowały w salonie. Dodatkowo wszędzie fruwała lawenda, choćbym nie wiem jak się starała - zamiatała, odkurzała - ona i tak wyłaziła z zakamarków, zapychała filtry w odkurzaczu i złośliwie wychylała się z każdej szczeliny w drewnianej podłodze.

Zaczęliśmy z Rafałem odnosić wrażenie, że non stop jesteśmy w pracy. Dom przestał być azylem, w którym się odpoczywa. Bo jak tu się zrelaksować przy ulubionym serialu, gdy co chwilę zerka się na paki? Praca, choć tak kreatywna, przynosiła mało satysfakcji. Odnosiłam wrażenie, że wszystko jest źle zaplanowane, a prowadzenie plantacji powoli zaczyna mnie przerastać. Nie chodzi mi o natłok obowiązków, 12/15-godzinny czas pracy w czasie gdy jest lawenda to u nas norma, przeszkadzało mi pomieszanie sfery domowej z zawodową oraz brak miejsca do przechowywania lawendy. Przejeżdżając przez Dolny Śląsk podziwiałam te ogromne poniemieckie pomieszczenia gospodarcze, które w dużej mierze dziś niszczeją i szczerze zazdrościłam potencjału tym miejscom. Nasza działka jest niewielka, a po przymusie przeniesienia kilku rzędów lawend w obejście - w dużej mierze niezabudowywalna...

Dla niektórych praca w/z domu jest spełnieniem marzeń. Przeczytałam szereg artykułów o tym, jak zorganizować sobie przestrzeń pracy w domu, mnie nie wychodziło to jakoś szczególnie wzorowo. Przytoczę Wam anegdotę o mężczyźnie, który choć biuro miał w jednym z domowych pomieszczeń, to codziennie ubierał garnitur, wiązał krawat, chwytał w dłoń teczkę i wchodził do swojego domowego biura z pełną powagą godną wynajmowania biura na jednym z najwyższych pięter w wieżowcu. Po skończonej pracy wychodził, na biurku zostawiał wyciszony telefon i laptop służbowy, zamykał drzwi na klucz, szedł się przebrać w swobodniejsze ubranie i zaczynał czas wolny. Postawiłam sobie za punkt honoru osiągnąć podobną równowagę. 

Nauczeni doświadczeniem wiedzieliśmy, że czwarty sezon przyniesie większe zbiory. Gorączkowe myślenie o tym, gdzie my to wszystko pomieścimy nie dawało mi spokoju. Z jednej strony - marzyłam do dalszym rozwoju Lisiego, z drugiej jednak - bez odpowiedniego zaplecza - szykowała się tylko dodatkowa porcja stresu i zmarnowanie materiału (jak nie masz gdzie pomieścić lawendy, to w końcu część zostawisz na polu do przekwitnięcia i de facto zmarnowania). 

Zdecydowaliśmy się w końcu na postawienie letniej pracowni. Chodziłam w kółko po ogrodzie i szukałam miejsca, w którym udałoby się ją upchnąć. W końcu po wymierzeniu x razy podwórka postanowiliśmy, że warsztat stanie jak najbliżej drogi gminnej, którą wchodzi się na plantację, na styku ogrodu i pola. Po odliczeniu czterech metrów od granicy udało nam się wygospodarować całkiem ładny zakątek. Musieliśmy przesadzić jeszcze kilka drzewek, które rosły w tym miejscu i ekipa mogła zacząć stawiać domek. Ze wszystkimi podłączami zdążyliśmy na styk, tuż przed ruszeniem zbiorów. 

Domek ma trzy pomieszczenia. Duże, główne to pracownia, sklepik/wystawka, miejsce odpoczynku (jest kanapa z poduchami) oraz poglądowa suszarnia. 

Kolejne to wytęskniony magazyn rzeczy wszelakich - od kartonów i folii, po skrzynki, narzędzia i zapas suszu. Ostatnie pomieszczenie to łazienka. 

Do domku prowadzą dwa wejścia - jedno od strony tarasu i pola, drugie robocze od strony ogrodu dla mnie. To jedyna zmiana w projekcie domku, o którą prosiłam wykonawców. Te drzwi dały mi niebywały komfort - gdy po dniu pracy przekręcam klucz w zamku, to podobnie jak ten pan z wcześniej opisywanej przeze mnie anegdoty, zostawiam za sobą pracę i idę do domu na reset. 

Co ciekawe dzięki podjęciu decyzji o tym, by przenieść pracownię na zewnątrz i ostatecznie oddzielić strefę pracy/zobowiązań od strefy domu/odpoczynku moja efektywność wzrosła. Znacznie szybciej i sprawniej realizuję zamówienia. Podjęłam się w tym roku kilku naprawdę duuuużych przedsięwzięć i wywiązałam się ze wszystkich na czas bez uczucia wyczerpania czy wypalenia. To daje ogromną satysfakcję. Może tak długie wstrzymywanie się ze stworzeniem stałego warsztatu wynikało z faktu, że nie do końca wierzyłam, że lawenda na Lisim ponownie zakwitnie? Bałam się ryzyka, a w efekcie kosztowało mnie to trzy lata do góry nogami. 

Oczywiście sam domek nagle nie rozwiązuje wszystkich naszych logistycznych problemów. Oprócz strychu, szopy i pracowni u nas, będziemy w następnym sezonie korzystać z poddasza w domu mojej cioci. Ciocia w wieku 72 lat musiała się wyprowadzić z miejsca, w którym dotychczas żyła - sprzedała więc swoje mieszkanie w bloku i kupiła stary, niewielki dom naprzeciwko nas (nomen omen należący niegdyś do innej linii Lisów). W obejściu znajdują się także trzy budynki gospodarcze, których ciocia nie wykorzystuje, a które nam spadły jak z nieba. Od wiosny ruszamy z ich remontem. Latem będą niezbędne.

Ten wpis potraktuj proszę jako wskazówkę - przy uprawie kilku tysięcy lawend potrzeba miejsca, duuużooo miejsca, choć z początku wcale się na to nie zanosi! 

Jednocześnie chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji nadchodzącego 2017 roku - zdrowia, szczęścia oraz spełnienia zamierzonych celów. Nie przestawajmy poznawać nowych miejsc i ludzi oraz uczmy się codziennie czegoś nowego, a będzie całkiem ok.

Z pozdrowieniami, 

Hania :)

 

Share this:

About the author / Hania

Hania

Hania

Prowadzę plantację lawendy i opisuję swoje doświadczenia z nią związane na tym blogu. Ciebie, Czytelniku, zapraszam w podróż po moich zmaganiach z kapryśną pogodą i uprawą roślin w zgodzie z naturą.

Komentarze   

0 #3 HaniaKa 2017-10-17 17:58
Nie, nie próbowałam wyciskać soku z kwiatów lawendy. Lawendę destylujemy w miedzianym alembiku, a wiadomo - zarówno miedź jak i sam lawendowy olejek mają wartości antyseptyczne. Syropy zaś pasteryzujemy i problem pleśnienia z głowy. :)
Oczywiście można zalać kwiat lawendy alkoholem - proszę wygooglować chociażby osławioną Larendogrę. Pozdrawiam! :
Cytować
+1 #2 Andrzej Brolewski 2017-09-19 06:21
Dzień dobry, czy próbowała Pani wyciągać esencję z lawendy? Zastanawiałem się czy sam sok z wyciskanych kwiatów nie spleśnieje i czy nie lepiej robić tego na bazie spirytusu. Jeśli ma Pani jakieś porady to będę wdzięczny. Za oknem pole lawendy, trudno nie korzystać ;)
Cytować
+1 #1 Elźbieta 2017-06-03 18:58
Moi sąsiedzi dali mi w prezencie woreczek z lawendą z pierwszej uprawy.Jestem zachwycona i też chciałabym wokół pałacu posadzić trochę sadzonek dla przyjemności .Właśnie drąźę temat,więc odwiedziłam tę stronę.Serdecznie gratuluję,podziwiam i pozdrawiam Elźbieta
Cytować

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd